Facebook RSS Kanał YouTube

TRASA jest KOBIETĄ - mamy dowód

W czwartkowy wieczór Ola zapytała czy nie wybiorę się pobiegać po lesie. Znaczy się czy nie pojadę na Rajd "Róża Wiatrów" do Puszczy Zielonka, na trasę „lajtową” ...

 

Miała wystartować z Wiolą, której na przeszkodzie stanęły problemy zdrowotne. Ja potrzebowałam przewietrzyć głowę, a Ola towarzystwa, więc zaproszenie przyjęłam z radością, choć przykro było z powodu niedyspozycji Wioli.

 

Spakowałam torbę, potrzebne drobiazgi i w piątek wieczorem spałyśmy już na sali gimnastycznej w Koziegłowach pod Poznaniem.  W sobotę o 10.45 dostałyśmy mapy. Do zaliczenia było 17 punktów, w tym Trakt Poznański II i Dziewicza Góra. Dystans TP25km, więc za cztery godziny planowałyśmy zameldować się na mecie. Ale jak wiadomo jedyna pewność podczas takiej wyprawy, to pewność, że na pewno będą zmiany…

 

 

Startujemy. Na zewnątrz mrozik delikatnie przypomina, że to jeszcze luty, a przekorne słoneczko po pierwszych kilometrach skutecznie skłoniło nas do pozbycia się garderoby. Kurtka Oli i moja ląduje w plecaku, ja zostaję w czapce, rękawiczkach i krótkim rękawku. Zaczyna się polowanie na „bazy”.

 

Lecimy według planu. Jedynka, dwójka, siedemnastka, czas mamy bardzo dobry. Pora zmierzyć się z Traktem Poznańskim i tutaj zaczęły się schody. Niby punkty orientacyjne się zgadzają – są dwa bagienka, jest „górka” tylko jakoś nie możemy natknąć się na punkt piętnasty. Kręcimy się, szukamy, orientujemy mapę na wszelkie sposoby, a dziurkacza jak nie ma tak nie ma. 

 

 

Nagle wśród szuwarów, podskakuje coś to tu , to tam. Pojawia się i znika, jarząc się błękitnym blaskiem niczym zwodniczy ognik bagienny. Szczypię się w udo, bo nie wiem czy to zwidy czy coś stało mi się ze zdenerwowania w oczy?! Sprawa w ekspresowym tempie się wyjaśnia – to nie psotny ognik, a ubrany na niebiesko uczestnik biegowej wyprawy. Zagadnięty, bierze naszą wymiętoszoną kartę, przewraca, ogląda i obwieszcza – „za szybko odbiłyście, to T to ta ambona, a ten żółty placek, to ten młodnik” Prawie słychać jak do ziemi opada nam szczęka, a on jak się pojawił, tak też szybko znika. Ola z zaciętą miną przykłada kompas do mapy i zamiast zawrócić na ubity trakt, decyduje, że lecimy na rympał. Między chaszcze, krzaki i uff, na szczęście suche bagniska. Na buzi pojawia się uśmiech – piętnasta zdobyta. Hurra.

 

 

Trzynastka okazuje się bardzo szczęśliwa i nie kryje się przed nami. Czternastce zachciało się zabawy  w ciuciu-babkę, ale dopadłyśmy złośliwą francę. Schodzimy na chwilę z Traktu, bo trzeba zaliczyć następne dwa „dziurkacze”. Dziesiątkę łapiemy w locie, bez wysiłku. Po wyjściu z lasu uwagę przykuwa soczyście zielony green pola golfowego, upstrzony tycimi żółciutkimi chorągiewkami, jak wiosenna rabata obsadzona złotymi krokusami. Sielski obrazek domyka przycupnięty nad brzegiem stawu dworek i urocza kapliczka z punktem szesnastym. Pięknie jest, oczy błyszczą i nie wiem tylko czy upojone tym widokiem czy odkrytą prawdą, że dystans jest zdecydowanie inny. Wracamy według planu na skraj Traktu po punkt jedenasty.

 

 

W ziemię wbija jawiący się przed nami widok – podmokłe bagnisko z pobobrowym pobojowiskiem. Hmm, jak pokonać tą mokrą zawalidrogę? Z rozmyślań wyrywa nas chichot, a może lament, bo mijający nas właśnie Panowie, postanowili ochłodzić rozgrzane stopy, albo sprawdzić „mokrość” drogi! Brrr – zimne dreszcze mam na samo wspomnienie ;) Dochodzimy do wniosku, że po co moczyć buty, no dobra po co brudzić buty, skoro można elegancko ominąć przeszkodę. Mamy plan, przełazimy po drzewie i prawie suchą nogą docieramy do dwóch jedynek. Od Dziewiczej Góry dzieli nas tylko …góra, a dokładnie baza numer osiem. 

 

 

Bieg długodystansowy potrafi znużyć, zirytować i namieszać w głowie. Przekładając to na język mało dyplomatyczny po prostu wk….ć. Miało być łatwo, a nie było. Nie wiem czy poziom irytacji wzmagało znużenie czy nieuchronnie zbliżający się zmrok i strach, że zabłądzimy w lesie. Przecież postępujemy według wskazówek, ściśle trzymamy się instrukcji, a w żaden sposób nie zbliżamy się do celu. Tak po babsku miałyśmy ochotę strzelić focha, wrócić do cywilizowanej drogi i zrezygnować. Innymi słowy załapałyśmy po prostu klasyczną „ścianę”, tylko tutaj nie ciało, a umysł, się buntował.

 

Właściwie odpowiedzialne za to zjawisko było ciało migdałowate, które w sytuacji zagrożenia – bo za chwilę ciemno - zmuszało nas by „przestać myśleć” i salwować się ucieczką ;) Sorry, ale z „migdałów” lubimy te w czekoladzie i „migdał nam skoczy” jeśli nie porachujemy się z tą wredna ósemeczką. Robimy przerwę, podziwiamy widoki, analizujemy mapę i dobieramy się z sukcesem do niej z całkiem innej strony. 

 

 

Endorfiny szaleją, adrenalina dodaje nam mocy, więc z czystym sumieniem możemy zmierzać do mety! Najpierw jednak chcemy potargować się z Dziewiczą Górą, aby dobrowolnie oddała nam punkty. Sprzeda, nie sprzeda, pohandlować nie zaszkodzi, wszak jestem z poznańskiego ;) Gnamy co sił w nogach, uciekamy przed zmierzchem, bo jedyne światło jakie posiadamy w tym momencie, to blask naszych rozradowanych oczu.

 

 

W biegu wytrzeszczamy gały i czytamy ostatnią mapę z zadaniem. Najpierw siódemka czeka na płocie młodnika. Potem piątka z klikiem odbija się na karcie. Szósta każe nam wspinać się po stromym zboczu. Dziewiątka schowała się w zielonym zagajniku. Powiem nieskromnie, że jesteśmy debeściary, bo bez światła trójkę i czwórkę odbiłyśmy na kartoniku! Dwie ostatnie bazy bezczelnie wyrwałyśmy nocy. Teraz tylko trzeba wyleź z tego lasu ;)

 

 

To było niesamowite osiem godzin i prawie 38km!!!! spędzonych w biegu. Na rozmowie o sprawach ważnych i błahych, o przyjaźni, pogodzie, o wspólnym działaniu. Całkiem zgrabnie uzupełniający się z nas duecik. Ja nie potrafię dogadać się z mapą, a na bazy wpadam na „czuja” - wiem, że tam są i już. Ola potrafi doskonale „znaleźć się” na mapie, precyzyjnie posługiwać się kompasem, czytać znaki i wyznaczać trasę. Ciekawie opowiadać o przyrodzie. Zaburzyć światopogląd stwierdzeniem, że nie każdy iglak to choinka, a mech nie zawsze rośnie od strony północnej ;)

 

 

Ta wyprawa utwierdziła nas w dwóch kwestiach. Potwierdziło się, że na prawdę jesteśmy na medal. Na sto procent wiemy też, że trasa jest kobietą. Doskonale jak chce operuje cyframi -  my odejmujemy sobie lat, a ona kilometrów! Mamy na to dowód, bo z trasy 38 kilometrowej zrobiła TP25 ;) (ślad naszej trasy)

 

Irena Trzęsicka

----------------------------------------------------------------------------------------------

p.s. Rafał Fałowski dzięki za podwózkę, odwózkę i poganianie na ostatnich kilometrach trasy ;) Oli Powiertowskiej za gościnę, pyszną zupę i gorącą kąpiel  - buźiaki ;*   

 

Komentarze

Pogoda Wrocław z serwisu

BlogRSS

zobacz więcej
TRASA jest KOBIETĄ - mamy dowód
Data: 03/03/2016

W czwartkowy wieczór Ola zapytała czy nie wybiorę się pobiegać po lesie. Znaczy się czy nie pojadę na Rajd "Róża Wiatrów" do Puszczy Zielonka, na trasę „lajtową” ...